Robi się smutno…

You are currently viewing Robi się smutno…
Orzeł Wałcz - Ina Goleniów 0-2 (0-1)

Orzeł: Odolczyk - Riccio, Wesołowski, Hermanowicz, Resiak - Pawlisz (60' Kowalczuk), Popiołek, Trzmiel, Gałosz, Cerazy - Wojciechowski (70' Haraj).

Trwa fatalna seria Orła na swoim stadionie: w czterech ostatnich spotkaniach rozgrywanych w roli gospodarza, 4-ligowcy z Wałcza zdołali wygrać tylko raz. Jeśli dodać do tego dwa punkty przywiezione z meczów wyjazdowych, to bilans wypada bardzo słabo: na możliwych do zdobycia w ośmiu meczach 24 punktów, podopieczni Marcina Łyjaka wywalczyli zaledwie pięć. W minioną sobotę Orzeł okazał się dostarczycielem punktów dla Iny Goleniów.

Choćby przez to, że wałecki zespół o kilka miejsc wyprzedzał w tabeli Inę, teoretycznie powinien uchodzić za faworyta sobotniego meczu. Historia uczy jednak, że drużyny z Goleniowa nie daje się zaliczyć do grona najłatwiejszych rywali wałeckich piłkarzy. Jesienny mecz obydwu zespołów zakończył się wygraną Iny 2-1, a w pamięci wałeckich kibiców zapisał się m.in. tym, że Orzeł wykonywał w Goleniowie dwa rzuty karne, ale tylko jeden skutecznie...
Sobotnie spotkanie ułożyło się dla wałeckiego zespołu fatalnie. Po dwóch nieudanych próbach wyjścia gospodarzy z własnej połowy, piłkę przejęli goście. Przytomne podanie ze środka trafiło do biegnącego lewą stroną i pozostawionego bez krycia skrzydłowego, który z okolic bocznej linii pola karnego płasko zagrał pomiędzy Odolczyka i obrońców Orła. Usiłujący przeciąć podanie Marek Hermanowicz interweniował tak niefortunnie, że posłał piłkę do swojej bramki obok zaskoczonego Odolczyka. To był oczywiście fatalny pech, ale z przykrością trzeba zauważyć, że kapitan Orła wiosną częściej pokonuje swojego bramkarza, niż trafia do bramki rywali. Do M. Hermanowicza nie można jednak mieć o to pretensji, bo jest to efekt desperackich prób łatania dziur w linii obrony.
Po stracie bramki piłkarze Orła przypominali boksera po nokdaunie. Owszem, nie można im było zarzucić, że się nie starali i nie walczyli - tyle, że niewiele z tego wynikało. Goście na ich tle wyglądali jeśli nie jak profesorowie, to przynajmniej jak doktoranci nauki o futbolu. W grze gospodarzy raziły przede wszystkim niecelne podania i brak pomysłu na rozerwanie pewnie grającej obrony gości. Irytujące były wrzutki do nikogo, nieudolne próby dryblingów czy próby strzałów z nieprzygotowanych pozycji. Kompletnie zawodził w tym meczu Wojciechowski, który notorycznie tracił piłkę i nie potrafił podać celnie nawet do najbliższego kolegi z drużyny. Niewidoczny był Resiak, a występujący po przeciwnej stronie boiska Riccio o wiele lepiej czuł się w ataku, niż w obronie. Bardzo chaotycznie grał Pawlisz, niewielu pozytywów można się było dopatrzyć w poczynaniach Cerazego. Nawet twardo zazwyczaj walczący z rywalami Trzmiel sprawiał chwilami wrażenie, jakby nie bardzo wiedział, co się dzieje na boisku. Akcje Orła załamywały się najczęściej po dwóch, a w najlepszym przypadku po trzech podaniach.
Goście natomiast nie rzucali się do huraganowych ataków, ale mieli pełną kontrolę nad meczem. Zdominowali środek pola, gdzie przechwytywali większość stykowych piłek, nie przepuszczali gospodarzy w pobliże swojego pola karnego, a w sprzyjających sytuacjach próbowali wyprowadzać szybkie kontrataki i o ile bez większych kłopotów radzili sobie z mijaniem bocznych obrońców Orła, o tyle nie dochodzili do czystych sytuacji strzeleckich dzięki dobrym interwencjom Wesołowskiego i Hermanowicza.
Ten niezbyt optymistyczny obraz mógł się zmienić w 41 minucie, kiedy Pawlisz znalazł się z piłką na skraju pola karnego Iny. Jeden z obrońców gości próbował odebrać futbolówkę skrzydłowemu Orła niezgodnie z przepisami i sędzia zdecydował się podyktować rzut karny. Piłkarze Iny protestowali, ale nie kwestionowali nawet samego faulu, tylko twierdzili, że doszło do niego poza szesnastką. Sędzia nie zmienił zdania i do wykonania rzutu karnego zabrał się Popiołek. Strzelił jednak słabo, w sam środek bramki i golkiper Iny, który rzucał się już w swój lewy róg, zdołał odbić futbolówkę nogami. Do piłki dopadł jeszcze Riccio, ale dobitka w wykonaniu obrońcy Orła była i mocna, i... mocno niecelna.
Niewykorzystane jedenastki zdarzają się nawet najlepszym, ale to mógł być przełomowy moment meczu. W odpowiedzi goleniowianie błyskawicznie znaleźli się pod polem karnym Orła, gdzie urządzili sobie spore oblężenie bramki Odolczyka. Wszystkie próby strzałów zostały jednak zablokowane przez obrońców Orła.
Po zmianie stron wałecki zespół znów stanął przed szansą doprowadzenia do remisu. W 49 minucie Riccio odebrał piłkę gościom w okolicy linii środkowej i zagrał precyzyjne, kilkudziesięciometrowe podanie za plecy obrońców, które trafiło do wbiegającego w pole karne Cerazego. Skrzydłowy Orła znalazł się w idealnej sytuacji, jednak stojąc na 14 metrze tak długo przyjmował piłkę, że w końcu trafił nią w interweniującego wślizgiem obrońcę Iny.
To była druga i ostatnia idealna szansa Orła na uratowanie tego meczu. Na więcej goście już nie pozwolili. Co więcej - to oni stwarzali sobie więcej okazji do oddania strzału, w czym niezbyt energicznie przeszkadzali im obrońcy - zwłaszcza boczni - Orła. W 57. minucie przy irytującej opieszałości Riccio jeden z piłkarzy Iny przebiegł z piłką przy nodze kilkadziesiąt metrów, urozmaicając sobie tę wycieczkę założeniem siatki obrońcy Orła. Na szczęście dośrodkowanie wybili obrońcy gospodarzy.
W 65. minucie goście mieli rzut wolny z okolic linii środkowej. Dość nisko lecącą piłkę wybili obrońcy, lecz ta jak bumerang wróciła na linię pola karnego, gdzie opanował ją jeden z najlepszych piłkarzy Iny Banachiewicz i bez zbędnej zwłoki kropnął przy dalszym słupku bramki Odolczyka. Gol – palce lizać...
Zaledwie minutę później ten sam zawodnik dwa razy przełożył sobie na linii 16 metrów Wesołowskiego i z tego samego miejsca w polu karnym strzelił obok Odolczyka. Na szczęście tym razem trafił w słupek...
Po tym wydarzeniu goście oddali inicjatywę piłkarzom Orła, ale ci nie bardzo potrafili z tego skorzystać. W 73. minucie po wrzutce Gałosza do strzału z powietrza złożył się Popiołek, ale uderzenie z lewej nogi pozbawione było mocy i bramkarz Iny bez trudu złapał piłkę. Dwie minuty później po rzucie rożnym Wesołowski w ekwilibrystyczny sposób zewnętrzną częścią buta zacentrował na 5 metr. Walkę o pozycję wygrał Hermanowicz, jednak strzał głową kapitana Orła przeniósł nad poprzeczką bramkarz Iny. W 76. minucie Popiołek rozpędził podaniem Resiaka, który dorzucił piłkę w pole karne, jednak nadbiegający Haraj nie sięgnął piłki.
Później kilka szans na podwyższenie prowadzenia mieli goście. W 77. minucie po błędzie Haraja jeden z piłkarzy Iny mocno strzelił zza pola karnego i Odolczyk z trudem odbił piłkę.
Minutę później Odolczyk był bliski tego, by zapisać na swoim koncie asystę. Bramkarz Orła złapał piłkę i wznowił grę dalekim wykopem. Niesiona silnym podmuchem wiatru futbolówka minęła obrońców gości i spadła pod nogi Cerazego. „Carlos” tym razem nie zwlekał ze strzałem, ale uderzenie z powietrza w kierunku dalszego słupka było zbyt słabe, by sprawić kłopot bramkarzowi Iny.
W 78. minucie goście wyprowadzili kolejną kontrę. Zawodnik Iny „zakręcił” Resiakiem, wbiegł w pole karne i uderzył na bramkę, ale Odolczyk popisał się kolejną świetną interwencją.
W samej końcówce po rzucie rożnym piłka wpadła wreszcie do bramki Iny, ale gola nie uznał sędzia, który uznał, że przed strzałem głową Hermanowicz sfaulował obrońcę gości. Kapitan Orła nie miał żadnych pretensji o tę decyzję.
Jak się dowiedzieliśmy, po ostatnim gwizdku sędziego doszło do emocjonalnej dyskusji w wałeckiej szatni.
- Naprawdę nie wiem, co mam powiedzieć po takim meczu - powiedział poproszony o komentarz prezes Orła Dariusz Baran. - Na pewno przeżywamy teraz trudny okres, ale trudno mi tak na gorąco powiedzieć, jakie są tego przyczyny. Nie wyglądało to dzisiaj dobrze. Można odnieść wrażenie, że niektórym piłkarzom znudziła się już gra w 4. lidze. Nie chcę operować nazwiskami, bo każdy mógł to bez trudu zobaczyć na boisku. Umówiliśmy się, że po wtorkowym treningu porozmawiamy na temat przyczyn kryzysu i spróbujemy poszukać sposobów na poprawę tej sytuacji. Finansowo funkcjonujemy z coraz większym trudem. Dotacja z miasta wystarcza tak naprawdę na jedną rundę, a resztę środków musimy zdobyć sami. Tymczasem sponsorzy ograniczają swoje wydatki: wcześniej z powodu sytuacji na rynku spowodowanej pandemią, teraz ze względu na niepewność, wywołaną wojną w Ukrainie. Ale do końca zostało jeszcze sześć kolejek, w których postaramy się zdobyć jak najwięcej punktów. Na poważne analizy przyjdzie czas po sezonie.