Żona Hollywood

Żona Hollywood

Młodość jest piękna, ale życie po 60. też ma zalety – mówi 67-letnia Monique Lehman, jedna z bohaterek serialu „Żony Hollywood” w rozmowie z Małgorzatą Chruścicką.

Świetnie wypadłaś w programie DDTVN. Szczera, piękna, inteligentna, ciepła…
Ty też bardzo dobrze. Nadawałabyś się do programu „Żony Hollywood”.

Gdybym tylko miała bogatego męża Amerykanina:) Jakie były kryteria naboru do programu? I dlaczego zdecydowałaś się pokazać światu swoje prywatne życie?
Trzeba było mieć przede wszystkim bardzo duży dom, żeby ekipa telewizyjna się zmieściła i była w stanie filmować domowników w różnych sytuacjach od rana do wieczora. Nasz dom ma 5 tys. stop, mamy też basen i duży ogród. Dom mojej przyjaciółki Evy de Angello jest dużo większy, z piętrowym garażem z windą na 12 aut. Jak chce skorzystać z samochodu na górze, musi wyjechać tym na dole, żeby opuścić windę. My mamy tyle samochodów, ile potrzeba, czyli dwa. A dlaczego się zgłosiłam do programu? Żeby ożywić nasze małżeństwo. Mąż nie protestował i też dobrze się bawił. Kiedy przyjeżdżamy do Polski, on jest bardziej rozpoznawalny niż ja.

Ale gwiazdą jesteś Ty!
Największą gwiazdą jest moja przyjaciółka Eva de Angello. Ja na wszystkich zdjęciach stoję koło niej, bo ona jest najbardziej atrakcyjna z nas wszystkich i najlepiej się prezentuje. Ale ona ma ponad 10 lat mniej i dużo wydaje na swoją urodę. Niektóre z uczestniczek programu zapłaciły tysiące dolarów za swoje wydatne piersi.

Twoje są prawdziwe?
Tak, nie uznaję operacji plastycznych. Zrobiłam tylko kilka razy botoks na zmarszczki koło oczu. „Pudelek” lub „Plotek” napisał kiedyś, że Monika ma piersi jak osiemnastolatka. Moja mama miała jeszcze lepsze. Ważne, aby w młodości pływać, bo wtedy klatka piersiowa się rozrasta i piersi mają jakieś zawieszenie na mięśniach. A ja byłam pływaczką.

Jak dbasz o urodę i formę?
Nie maluję się w ogóle, chyba że idę na duże przyjęcie. Trzy godziny dziennie poświęcam na gimnastykę, wliczając w to pływanie.

Skąd się wzięłaś w USA?
Pierwsza, a było to w latach komunizmu, poleciała moja mama. Potem brat, jak skończył liceum. A ja do nich pojechałam na wakacje i zostałam. Byłam już wtedy po Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Wykonywałam zarobkowo na zamówienie różnych firm i instytucji gobeliny. Praca nad jednym zajmowała mi około pół roku. Potem razem z bratem kupiliśmy dom. Jedzenie w USA jest bardzo tanie, więc życie kosztowało mnie niewiele. A co weekend ktoś zapraszał na wykwintny obiad. Swojego męża poznałam właśnie w restauracji. Ja byłam tam z przyjaciółką, a on ze współpracownikami. Do stolika podeszła sekretarka i zapytała, czy nie spotkałabym się z jej szefem. Od początki był mną zafascynowany. Pół roku po pierwszej randce oświadczył się. Wychodząc za mąż miałam 40 lat.

Czym zajmuje się Twój mąż?
Jest kapitanem Marynarki Wojennej, pracuje w NASA. Aktualnie ma dwa projekty. Jeden to statek krążący po orbicie Marsa, który zbiera i przekazuje informacje ze statku, który wcześniej wylądował na tej planecie. Drugi, który jest w przygotowaniu, to projekt Venus. Na tej planecie nie można wylądować, więc zostanie wypuszczony statek, który będzie krążyć po orbicie. Świat techniki i fizyki bardzo mnie interesuje. Raz na tydzień chodzimy z mężem na wykłady najważniejszych profesorów na świecie, których zaprasza znajdująca się blisko nas uczelnia.

Jaki jest typowy dzień żony Hollywood?
Wstaję przed 6 rano, dlatego że później, po godzinie 9, jest już bardzo gorąco. Chodzę po górach z psem, wykonuję różne prace w ogrodzie i pływam w naszym basenie. Następnych kilka godzin spędzam w swojej pracowni przy warsztacie tkackim. Pracując, słucham polskich audiobooków. Przed pandemią mąż zabierał mnie codziennie na kolację do restauracji. Teraz pracuje z domu i jedzenie mu dowożą, więc nie wychodzimy. Udzielam się także w środowisku polonijnym w Klubie Heleny Modrzejewskiej. Sprowadzamy znanych reżyserów, malarzy i pisarzy. Uwielbiam jeździć na nasze międzynarodowe konferencje ze sztuki, bo przy okazji poznaję świat. Ostatnio byłam w Urugwaju, Madrycie i na Ukrainie. Z wyjazdu do Włoch, gdzie przyznano mi za twórczość nagrodę pieniężną zrezygnowałam ze względu na koronawirusa. Sama też prowadzę wykłady ze sztuki włókna. I co ciekawe, w USA przychodzi na nie kilkunastu studentów, w Chinach ponad 500 jest na sali, a na na zewnątrz dodatkowo jest ustawiony duży ekran.

Gotujesz?
Mam koleżankę Polkę, która uwielbia gotować i świetnie to robi. Jej potrawy to sztuka prawdziwa. Gotuje mi jakieś grzybki, kasze… Często nie wiem, co jem. Nie ustalam z nią menu, bo lubię być zaskakiwana smakiem. Jem niewiele, ale często. Średnio co dwie godziny.

Dom jest bardzo duży. Do ogarnięcia jest prawie 5000 stóp podłogi! Kto to robi?
Mam Meksykanina. Jak był młody, wyciągnęłam go z tarapatów i dałam stałam pracę u mnie i w domach dziesięciu innych Polaków. Jest bardzo odpowiedzialny. Myje podłogi i sprząta łazienki, a kurze ścieram sama.

Co masz w szafie?
Śledzę modę i od czasu do czasu kupuję jakiś wystrzałowy ciuch. Ale dużo ubrań
dla siebie robię też na szydełku i drutach. Jak byłam młodsza, także szyłam.

Na co w takim razie wydajesz pieniądze, skoro nie na kosmetyki i designerskie ciuchy?
Nie mam pieniędzy, płacę zawsze kartą. Nie sprawdzam cen, ale – tak jak mówiłam – sama nie mam dużych potrzeb. Lubię za to wydawać na przyjaciół. Kupuję im prezenty, także od znanych projektantów, jeśli o czymś takim marzą. Poza tym często przyjmuję w domu gości, z którymi spędzamy razem miło czas. Za to mój mąż wydaje dużo. Dokłada się między innymi do studiów moich bratanków, bo dla nas wykształcenie jest bardzo ważne.

Nie masz swoich dzieci?
Wychodząc za mąż miałam 40 lat. Ale tak naprawdę nigdy nie miałam macierzyńskich uczuć i nie brakuje mi dzieci. Może dlatego, że wciąż mam młodzież w swoim domu. Ostatnio gościłam młodą, niezwykle utalentowaną śpiewaczkę operową z Kanady, Katarzynę Sądej, która śpiewała dla nas cudownym mezzosopranem i uczyła nas śpiewu. Kiedy śpiewasz, pracujesz przeponą, wykonujesz więc wysiłek fizyczny, a przy tym głęboko oddychasz. A to daje ci szczęście. W tym roku była u mnie przez miesiąc dyrektorka muzeum z Chin. Tam jest taki zwyczaj, że żona musi umyć mężowi nogi, kiedy ten wraca z pracy. A ona się zbuntowała i przyleciała do Los Angeles. Niedługo urodzi dziecko i wtedy ja polecę do Chin, żeby je zobaczyć. Teraz często odwiedza mnie Marcelina Szozda. Ma 20 lat, jest piękną modelką i utalentowaną studentką reżyserii.

Rozmawiając z Tobą zmieniam swoje wyobrażenie o bohaterkach serialu „Żony Hollywood”.
Muszę ci powiedzieć, że te wszystkie dziewczyny, które zostały pokazane miały bardzo ciężkie życie. Niektóre przeszły przez okropne małżeństwa. Jedna była żoną agenta i musiała w nocy uciekać od niego. Eva też doświadczyła wielu cierpień. To są kobiety bardzo silne psychicznie. Przebywając z nimi, czuje się siłę kobiecego przetrwania.

Spotykasz się z nimi towarzysko?
Nie, ja się z nimi nie spotykam, bo wszystkie poza Evą są mało wykształcone. To są kobiety zamożne, ale nie mamy wspólnych tematów, bo mają zainteresowania zupełnie inne niż ja. Gotowanie, kosmetyki, ubrania…

Czy rzeczywiście uważasz, że prawdziwe życie zaczyna się po 60?
To lekka przesada. Młodość jest piękna, ale życie po 60. też nie jest złe. W wieku 50 lat zaczęłam
swoją karierę w Chinach, gdzie zostałam sędzią konkursów artystycznych i tam przydzielono mi tytuł honorowy profesora. Mogę robić, co chcę, tak jak ty. Doceniam to tym bardziej, że przez trzy ostatnie lata walczyłam z rakiem macicy. Trzy miesiące temu guz zniknął dzięki terapii, którą sama wymyśliłam. Lekarze chcieli dać mi chemię w tabletkach, a ja zażądałam naświetlania punktowego, które w USA – ze względu na bardzo duże ryzyko nieodwracalnego uszkodzenia narządów wewnętrznych i rdzenia kręgosłupa – wykonuje się wyłącznie u osób umierających. Istnieje obawa, że rak może się odnowić, ale nie myślę o tym.

Dziękuję za rozmowę.