Bohaterowie drugiego planu

Bohaterowie drugiego planu

To cykl autentycznych historii, które pokazują, że w wędkarstwie nie zawsze ryby są najważniejsze. Czasem wyjazd z wędką pamiętamy długo, dzięki czemuś lub komuś zgoła innemu niż ryby…
A oto część pierwsza, czyli zwierzęta.

Psy
Jest połowa lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Hodowla pstrągów w Zabrodziu, wtedy największe tego typu gospodarstwo w Europie, działa pełną parą. Dziś nieużytkowana niszczeje. Hodowla zlokalizowana jest na rzece Piławie. Teren jest całkowicie ogrodzony, a w nocy pilnują go psy. Potężne kundle, jakieś mieszańce z owczarkami podhalańskimi i inne, równie wielkie, przypominające dogi argentyńskie. Psy potwornie agresywne i ostre. Teren wokół hodowli okala rzeka. Biegnie ona poza stawami hodowlanymi oraz ogrodzeniem, stąd zupełnie niezrozumiałe jest dla nas, że raptem pojawiają się tablice zakazujące na tym odcinku wędkowania. Po pierwsze nie ma to sensu, bo wędkarz jest poza terenem hodowli. Przede wszystkim jednak w „Informatorze Wód Pstrągowych” nie ma na temat zakazu wędkowania na tym odcinku nawet słowa. A „Informator” jest wykładnią prawa. Z wprowadzeniem jakichkolwiek ograniczeń czeka się na druk nowego, który pojawia się co 3-4 lata. Dlatego uznajemy, że zakaz jest bezprawny, mimo wściekłości strażników pilnujących hodowli. Dojeżdżamy od drugiej strony, zostawiamy samochód na skarpie, kilkanaście metrów niżej płynie rzeka. Łowimy z Czarkiem, kiedy zza siatki ogrodzeniowej dozorca hodowli drze ryja, że mamy zejść z wody. Czarek coś tam mu pyskuje, ja coś odpowiadam. Od słowa do słowa robi się mniej przyjemnie. Facet za ogrodzeniem gotuje się. Gdyby miał do nas dojść, musiałby wyjść przez bramę hodowli, a to pewnie byłoby ze 3 kilometry. Obok niego stoi jeden ze „wściekłych” psów. Facet w pewnym momencie łapie go za obrożę, za tyłek i z półobrotu przerzuca przez siatkę. Pies spada po drugiej stronie i tylko chwilę jest zdezorientowany. My w tym czasie czujemy już świeżo skopaną ziemię. Jeśli nas dopadnie, pora pożegnać się z życiem. Szczęśliwie ma do pokonania rzeczkę, a my stromą skarpę. Mam bliżej i pierwszy wskakuję do samochodu. Czarek zdążył zatrzasnąć drzwi Poloneza, kiedy od drugiej strony lądują na nich łapy i plujący pianą wściekły pysk przykleja się do szyby. Odjeżdżamy, ale do śmierci nie zapomnimy sprintu po skarpie…

Osy
Z przyjacielem jedziemy na Dobrzycę. Koło mostu w Wiesiółce wjeżdżamy w polną drogę i dojeżdżamy około 300 metrów w głąb do miejsca, gdzie rzeka odbija w lewo. Miejsce to nazywamy podkową, bo rzeka meandruje tworząc literę „U”. Na ryby wiezie nas żona przyjaciela. Ma nas zostawić, pojechać do Piły, coś załatwić i potem odebrać poniżej mostku, czyli w Dobrzycy Leśnej. Paweł szybciej się przebiera i goni nad rzekę, niknąc nam z oczu. Ja muszę przewiązać cały zestaw, więc zajmuje mi to trochę czasu. Piję piwo i gadam z Agnieszką. Już mam iść, kiedy słyszymy krzyk. Podchodzimy na górkę. Ze środka podkowy łąką biegnie Paweł i coś krzyczy. Dopada do nas i widzimy, jak jego twarz puchnie w oczach. Ubrani jesteśmy w pianki neoprenowe do piersi po to, aby wygodnie brodzić w rzece. Paweł idąc wpadł w jamę po bobrze. Takich pułapek nad naszymi rzekami jest sporo. Problem był taki, że opuszczoną przez bobra jamę jako dom wybrały osy, robiąc tam spory kokon. Paweł wpadając rozwalił go nogą, co specjalnie nie spodobało się owadom. Od razu postanowiły wymierzyć intruzowi sprawiedliwość. Od piersi w górę, czyli głównie w szyję, głowę i ręce Paweł dostał kilkadziesiąt (na pewno ponad 30, bo tyle udało się naliczyć) ukąszeń, a to już ilość zagrażająca nawet życiu. Oczywiście jazda na sygnale do szpitala w Wałczu. Działał wówczas jeszcze szpital powiatowy i tam udzielono mojemu przyjacielowi pierwszej pomocy. Niestety koniecznie musiał zostać dobę na obserwacji. Miał dużo szczęścia, że nie był w najmniejszym stopniu uczulony. Po tej przygodzie długo nosiłem w kamizelce wapno. Tak na wszelki wypadek…

Muszki – meszki
Meszki to prawdziwe przekleństwo nad naszymi rzekami. Małe, pancerne i koszmarnie kąśliwe. Pancerzyk powoduje, że nawet klepnięcie ręką nie pozbawia życia wrednego robaczka. Ukąszenie zostawia ślad na długo, o ile nie jest się uczulonym. Wiktor, mój inny, niestety nieżyjący już przyjaciel, był uczulony… Nigdy nie widziałem ręki, która dwukrotnie zwiększyła objętość. A tak wyglądała jego ręka po jednym ugryzieniu meszki. Skończyło się to wizytą w szpitalu. Ale i zwykłe muszki mogą narobić niezłego zamieszania.
Jesteśmy znów na Dobrzycy, łowiąc lipienie na nimfy. Jednym ze wzorów tej sztucznej przynęty jest diablo skuteczna nimfa, robiona w części ze skóry makreli. Skóra wysycha w pudełku, więc wabiące właściwości muszka osiąga po kilku – kilkunastu minutach, kiedy porządnie nasiąknie. Aby było szybciej, spora część wędkarzy trzyma taką muszkę w ustach i namacza ją w ślinie. Tak właśnie robił Tomek. Muszka w jednym kąciku ust, w drugim papieros i łowienie. Niestety niespodziewanie wraz z papierosowym dymem zaciągnął do ust normalną muszkę. Ta wpadła do gardła, powodując kaszel. Gardło podrażnione, w końcu udaje się uspokoić kaszel. Ale gdzie nimfa na haczyku? Przy tym kaszlu wypadła czy ją połknął. Zbyt poważne, aby bagatelizować. Haczyk z zadziorem utkwiony gdzieś w przełyku czy żołądku to jednak poważne zagrożenie. Przerywamy łowienie i jedziemy do Wałcza, ale tym razem do szpitala wojskowego. Mówimy co się stało, mając w nosie, że wywołujemy sporą wesołość wśród lekarzy i pielęgniarek. Kumpel idzie na rentgen. Po około godzinie lekarz twierdzi, że nic nie ma. Tomek pyta, czy aby na pewno.

– Proszę pana – mówi lekarz. – Haczyk jest gruby, do tego, jak pan mówił, owinięty ołowiem, więc nie ma możliwości żebyśmy go nie namierzyli. Zresztą kilka dni wcześniej u pewnej krawcowej znaleźliśmy szpilkę, którą połknęła, trzymając ją, jak pan, w ustach.
Uwierzyliśmy, ale jakoś odechciało nam się namaczać muchy w ustach…


Thymalus
cdn