Sarenka

Sarenka

Julita nie cierpiała Maćka. Syn sąsiadów działał na nią od zawsze jak
płachta na byka. Nie przypuszczała, że w ciągu jednej chwili jest w stanie
zmienić zdanie o sąsiedzie. To wydarzyło się w ubiegłoroczną Wielkanoc. W tę odbyły się zaręczyny.

Julita nie pamięta swoich rodziców. Mama zmarła krótko po jej porodzie.
Kiedy była starsza dowiedziała się prawdy o ojcu. Nie mógł się pogodzić ze
stratą, zaczął pić. Pił dużo. Jego organizm wytrzymał dwa lata. Już kiedy
pił, Julitą zajmowała się babcia oraz mieszkająca z nią ciotka Jadwiga,
młodsza siostra babci. Po śmierci ojca babcia stała się prawną opiekunką
dziewczynki. Kiedy Julita miała 14 lat zmarła również babcia. Została z
ciotką Jadwigą, która przejęła prawną opiekę nad dziewczyną

– Jadwiga to wspaniała chociaż bardzo oschła osoba – opowiada Julita. –
Nigdy nie opowiedziała mi o swoim życiu. Wiem, że miała męża, wiem, że o
zmarł. Podobno był bardzo bogaty i fakt, że ciotka ma pieniądze. Po śmierci
męża, a było to na kilka lat przed moim urodzeniem, wróciła pod Wałcz
zamieszkała ze swoją siostrą. Podobno była piękna i kręciło się wokół nie
wielu facetów, ale wszystkich goniła. Chyba bardzo kochała męża. W każdy
razie Jadwiga mnie wychowywała. To niezwykle oczytana i inteligentna osoba.
To ona goniła mnie do nauki. Nieraz płakałam przez nią, kiedy nie pozwalała
mi iść gdzieś z koleżankami czy później na zabawę, bo miałam się uczyć. Al
teraz nie żałuję. Skończyłam Kazika, potem studia. To ciocia finansowała
moją naukę. Nie musiałam pracować, martwić się o stypendium czy akademik.
Miałam opłacone mieszkanie i kieszonkowe na własne wydatki. Nie jakieś
kokosy, ale w zupełności starczało. Zostałam w Poznaniu, gdzie znalazłam
dobrą pracę. Do cioci oczywiście przyjeżdżałam, ale niezbyt często.


Jak wspomina Julita, po śmierci babci w domu były we dwie. Dom zaś wymagał
od czasu jakichś napraw. To klamka się obluzowała, to bramkę trzeba było
naprawić. Syn sąsiadów, Maciek był o dwa lata starszy od Julity. Chłopak od
małego miał dryg do wszelkich napraw. Wychowany na wsi nie odmawiał
jakiejkolwiek pracy. Pod warunkiem jednak, że mógł na tym zarobić.

Ciotka Jadzia miała jakąś słabość do niego – opowiada Julita. – Najmowała
go do wszelkich robót. To półkę przybić, to okna odmalować. Za wszystko m
płaciła. Nie lubiłam go, bo był cwany. Jak ciotka na początku płaciła mu na
godzinę, to z drobiazgiem babrał się dwa dni. I inkasował oczywiście za
wszystkie przestane czy przeleżane godziny. Jak zaczęła płacić mu od roboty
to samo robił w kilkanaście minut. Nie odzywał się, nie rozmawiał. Robił,
brał pieniądze i wychodził. Czasem coś zjadł. Fakt, że w domu mu im nie
przelewało. Widziałam, że u innych ciężko pracował w polu, w lesie czy n
budowach. Był tam, gdzie można było zarobić.
Julita nie trawiła młodego sąsiada i wielokrotnie mówiła ciotce, żeby
najmowała kogoś innego. Ta jednak nie wiedzieć czemu zawsze wołała Maćka.

– Skończyłam studia w 2013 roku – opowiada Julita. – Zaczęłam pracę. W domu bywałam bardzo rzadko. Oczywiście na zeszłoroczne święta wielkanocne
przyjechałam. Przez okres studiów praktycznie nie widywałam Maćka. Dlatego
byłam zaskoczona, kiedy w pierwszy dzień świąt po południu pojawił się u
cioci. Przyszedł z życzeniami. Muszę przyznać, że wyglądał nieźle. Chociaż
nadal go nie lubiłam, to w duszy przyznałam, że jest diablo przystojny. Do
tego całkiem przyzwoicie ubrany. Gdzie się taki na tej wsi uchował? Nie
miałam pojęcia. W sumie nigdy z ciotką na jego temat nie rozmawiałam. Ciotka
zaprosiła go do stołu. Zaczęli rozmawiać, a ja siedziałam z kwaśną miną.
Przysłuchiwałam się jednak i stwierdziłam, że o dziwo, mówi z sensem, a do
tego na tematy, których bym po nim się nie spodziewała. Obgadali bieżącą
politykę, jakieś książki. W końcu podniósł się mówiąc, że musi wracać do
domu. Odprowadziłam go do drzwi i wtedy uciekła Rita.


Rita, lekko skundlony labrador, była ukochanym psem ciotki Jadwigi. Suczka
miała około 5 lat. Ile faktycznie miała – tego nikt nie wiedział, bo ktoś ze
wsi znalazł ją przywiązaną przy drodze. Była młodziutka, kiedy ktoś ją
wyrzucił. Ciotka Jadwiga się nią zaopiekowała.

Rita oczywiście pognała ścieżką w kierunku lasu – opowiada Julita. –
Poszłam za nią, a ponieważ było już szaro Maciek mi towarzyszył. Rita stała
ze dwieście metrów od nas i szczekała. Wołaliśmy ją, ale nie reagowała.
Podeszliśmy i zobaczyliśmy malutką sarenkę, zaplątaną w jakiś drut. To nie
były wnyki, ale poplątany drut, w który zwierzątko wpadło i mocno się
poraniło. I wówczas stało się coś, czego się nie spodziewałam. Maciek
natychmiast podszedł do sarenki. Zaczął do niej spokojnie mówić, a mnie dał
znak, żebym uciszyła psa, bo sarenka się boi. Powoli wyplątał ją z drutu.
Ściągnął kurtkę, ułożył na niej sarenkę i podniósł. Kazał mi iść ze sobą.
Doszliśmy do jego domu. Przed bramą stał niezły samochód, z niego wyciągnął
jakąś torbę. Poszliśmy do stodoły, gdzie położył sarenkę na sianie i zaczął
opatrywać. Miał w torbie lekarstwa, narzędzia. Kiedy spostrzegł moje
spojrzenie powiedział: spokojnie, ja jestem weterynarzem. Byłam w szoku.
Maciek opatrując sarenkę zaczął rozmawiać z Julitą. Opowiadał jej o swojej
pasji, o tym, że od dziecka chciał leczyć zwierzęta. Wyznał, że pracował i
odkładał każdy grosz, żeby móc się uczyć. Wyznał, że bardzo pomogła mu w
pewnym momencie Ciocia Jadzie.

– Patrzyłam na niego już zupełnie inaczej – opowiada Julita. – Zajmując się
tą sarenką wydał mi się uosobieniem troskliwości, czułości i dobroci. To,
jak się nią zajmował, jak do niej mówił, zrobiło na mnie wrażenie. Byłam w
jednej chwili zauroczona i zakochana. Oczywiście wieczór spędziliśmy
wspólnie, doglądając sarenkę. Kiedy ta usnęła, poszliśmy do ciotki Jadzi
przegadaliśmy wiele godzin. Po świętach razem wróciliśmy do Poznania, a po
pół roku zamieszkaliśmy razem. W te święta odbyły się uroczyste zaręczyny.
co z sarenką? Biega u cioci Jadzi po podwórku razem z Ritą i nie chce
wrócić do lasu…


Marcin Orlicki