A gdybym był rentierem

A gdybym był rentierem

Cóż począć? Przyszedł czas pogodzić się z myślą, że nie wszystko będę już w stanie zrozumieć. Zegar biologiczny tyka w tempie, którego do tej pory nie znałem (i nie marzyłem o tym, żeby poznać), w głowie trwa nerwowa gonitwa myśli, która niechybnie – i to raczej raczej prędzej niż później – zmutuje się w kompletny chaos i panikę nie do ogarnięcia. Poprzedzi to okres smutku i melancholii oraz żalu za czymś, co już nie wróci. Postawmy jednak sprawę jasno: nie za wszystkim będę tęsknił. Po wielu latach pracy doszedłem do wniosku, że prawie na pewno minąłem się z powołaniem, gdyż tak naprawdę to chciałbym być rentierem. To niezbyt już dobrze w dzisiejszych czasach znane zajęcie polega generalnie na nicnierobieniu, w ostateczności na robieniu tylko tego, na co ma się nieodpartą ochotę. Takie stany czasem się ludziom zdarzają i to nawet takim, którzy nie dysponują odziedziczonym lub nabytym w jakikolwiek inny, uczciwy lub mniej uczciwy sposób, który – odpowiednio ulokowany – przynosi dochody w wielkości pozwalającej na spełnienie każdego życiowego widzimisię. Dla pierwszego lepszego z brzegu przykładu może to być zakup Puszczy Białowieskiej w celu zabezpieczenia sobie drewna do kominka na zimowe miesiące, nabycie samolotu Air Force One od aktualnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, zabezpieczenie w garderobę kobiety luksusowej lub też codzienne upijanie się stuletnią whisky. Owszem, jest to kosztowne, ale rentier o koszty martwić się nie musi, gdyż nie musi się martwić o nic. Prawdą jest bowiem, że pieniądze szczęścia nie dają, ale prawdą jest również to, że dają poczucie niezależności i możliwość życia w ulubiony sposób. Rentierzy mogą być oczywiście różnego kalibru. Zostawmy w spokoju tych, którzy zamiast jechać na myjnię z lekko przykurzonym Bentleyem oddają go na złom i kupują sobie czysty. Nie oszukujmy się: tacy nie występują w przyrodzie zbyt często, przeciętny Czytelnik Superpojezierza nie styka się z nimi zbyt często i w związku z tym nie widzę powodu, żeby zawracać sobie nimi głowę. Ale są też rentierzy na mniejszą skalę i już tych nie jest wcale tak mało. Osobiście do tej kategorii zaliczam bowiem np. beneficjentów programu 500 plus. Nie wszystkich, oczywiście – przede wszystkim tych, którzy dysponują odpowiednio liczną gromadką potomstwa, taką, która pozwala przytulić 2 – 3 tysiące lub więcej miesiąc w miesiąc bez zawracania sobie głowy tym jak zarobić pieniądze na wsad do garnka. Taki rentier może z lubością oddawać się wyłącznie ulubionym czynnościom Weźmy taką okoliczność, że oto przychodzi kolega do rentiera. Siada, wywiązuje się przyjemna gadka-szmatka o najnowszych programach socjalnych rządu oraz zdradzieckich mordach z opozycji, które donoszą na Polskę do Brukseli, i wreszcie, całkowicie znienacka, kolega rentiera wyciąga sporą flaszkę czystej lub innego alkoholu wysokowoltażowego. No oczywiście, w tej sytuacji rentier może się trochę podroczyć: że po co, przecież jutro dopiero czwartek, że co sobie ludzie pomyślą… Argumenty może mnożyć w zasadzie w nieskończoność, ale i tak wiadomo, że w którymś momencie rentier zerwie się z fotela, pokłusuje do kuchni, z barku wyciągnie dwa kieliszki i tyleż szklanek, z szafki cargo wysupła ciepławą popitkę, z lodówki parę plasterków żółtego sera, i z całym tym bagażem w trymiga przytruchta do pokoju stołowego (z którego okna jest widok na walącą się oborę), aby w doborowym towarzystwie popracować nad zacieśnianiem więzów męskiej przyjaźni. Od samego początku wiadomo było, że tak właśnie będzie, że całe te łamańce i wygibasy, wszystkie te przekomarzania znaczyły tyle, co nic, że rentier udawał tylko, że się waha, a doskonale wiedział jak to się skończy i całym swym jestestwem takiego właśnie końca pożądał. To wcześniej to był tylko rodzaj gry wstępnej, nic więcej. On się chciał z kolegą napić i już. Stać go było na ufundowanie zapojki i zakąski w postaci eleganckich koreczków serowych, a w dodatku nie musiał się martwić, że będzie musiał się zerwać z łóżka w nocy, żeby zdążyć na szóstą do roboty u kapitalisty. Jedyne, co rentiera może wpędzić w zły nastrój, to perspektywa porannego kaca, ale tego można oczywiście zawsze odpędzić lekkim klinem. Albo inna sytuacja. Załóżmy, że rentier zostaje przyłapany na wiarołomstwie, którego dopuszcza się z o wiele młodszą od żony i niecierpiącą na migreny przyjaciółką swojej ślubnej. Oczywiście, akt wiarołomstwa należy potępić z całą mocą, ale czy zawsze można się mu (czytaj: rentierowi) dziwić? Szczegółowy opis przyjaciółki żony sobie daruję, gdyż panom w wieku niżej podpisanego zbyt silne emocje grożą nieobliczalnymi konsekwencjami, pozostańmy więc przy stwierdzeniu, że podobnych widoków nie ogląda się zbyt często. Jakie konsekwencje dla rentiera przyniesie przyłapanie go na akcie wiarołomstwa? Otóż absolutnie żadnych konsekwencji to nie przyniesie. Co więcej: rentier nie będzie przejmował się tym, jak to przyjmie żona i co później powie teściowa. On będzie kontynuował rozpoczęty akt wiarołomstwa aż do szczęśliwego finału, gdyż ma w sobie silnie rozbudowane poczucie niezależności, wynikające z faktu posiadania uzupełnianego co miesiąc przez PiS kapitału, pozwalającego na niezawracanie sobie głowy duperelami typu foch strzelany przez małżonkę. On wie, że ona może trochę pofoszy, ale potem szybko przestanie, gdyż to rentier jest dysponentem ich wspólnego kapitału, a żona rentiera od kilku miesięcy marzy o wyremontowaniu łazienki. Aby to osiągnąć, prędzej czy później żona A gdybym był rentierem… rentiera machnie więc ręką na niespecjalnie zawoalowane przejawy zainteresowania rentiera innymi paniami, ze szczególnym uwzględnieniem swojej najlepszej przyjaciółki, i to na niej skupi swoją niechęć, związaną z tą dość jednak niezręczną dla niej – przyznajmy to – sytuacją. Za włosy jej wprawdzie nie złapie, ale być może posunie się nawet do usunięcia jej z grona znajomych na FB. Już dalej raczej się jednak nie posunie, gdyż głupia przecież nie jest. Rentier też zresztą nie jest głupi i ani mu w głowie rozwody czy nawet separacje, gdyż komplikowałoby mu to – nawet bardzo – dostęp do pieniędzy. Wszystko pozostanie więc generalnie po staremu. Tylko, że w duszy niżej podpisanego zalęgła się wątpliwość i już taki bardzo pewny nie jest, czy warto być tym rentierem, czy jednak nie warto. Jeśli wziąć pod uwagę to, że poświęcałbym się tylko ulubionym czynnością, to temat nadal wygląda interesująco. Ale jeśli miałoby to być okupione koniecznością posiadania potomstwa w liczbie minimum sześciu sztuk, to ja chyba jednak podziękuję. I tak są to oczywiście rozważania czysto teoretyczne, gdyż w zakresie reprodukcji zrobiłem już to, co do mnie należało, ale bycie takim rentierem w oparciu o program 500 + wydawało by mi się mało opłacalne nawet, gdybym marzył jeszcze o wychowywaniu następnych pokoleń. Proszę mnie jednak źle nie zrozumieć – nikogo do takiej formy bogacenia nie próbuję zniechęcać, bo uważam, że każdy ma swoje kalkulacje, a niektórzy podobno lubią cieszyć się liczną gromadką potomstwa. Ja im życzę powodzenia. Waldemar Leszkiwicz

Dodaj komentarz